 |
Tytul ciekawy, zachecajacy, a jakze cyniczny!
Czytam, czytam ostatnie watki, gdzie powtarzaja sie te same tresci:
Ktory stan wybrac?
Ile wziac pieniedzy?
Co zwiedzic?
Co zabrac?
Postanowilam zebrac to w jedna kupe i troche wam rozjasnic w glowach.
Ja sie, bron Boze, nie uznaje za jakiegos guru, za znawce tematu. Operkowalam dwa bite lata, wrocilam do Polski i znowu wrocilam do Stanow. Tutaj mieszkam, wyszlam za maz i chce pomoc operkom, bo ta praca to ciezki kawalek chleba. Ten tekst to tylko moja opinia, nie chce nikogo urazic.
A wiec przyszle operki, operzy!
Nie ma znaczenia, gdzie bedziecie. Waszym priorytetem maja byc dzieci i pod tym katem trzeba wybierac rodzinke. Z nimi bedziecie spedzac kazdy dzien, bawic sie, karmic. Czy to NYC, czy mala miejscowosc, piec domow na krzyz - dzieci sa najwazniejsze.
Nie jestem jakas fanatyczna niania, ktora zachwyca sie nad dziecmi! Ogolnie rzecz biorac wole towarzystwo zwierzat, niz dzieci, bo ja nie lubie halasu. Jestem taka, jak wy - coz, czas wyjechac, najlatwiej jako operka, dziecmi sie pozajmuje, bo przeciez to nie takie trudne. Nic bardziej blednego!
Ale patrzac z perspektywy czasu widze, jak wazne jest wybieranie odpowiedniej rodziny. Nie wazna jest ilosc samochodow, dojazd, miejscowosc. Nie wazne obowiazki, bo przy dobrych dzieciach to nawet sprawia przyjemnosc, a przy zlych nawet byle podanie szklanki wody robi sie z grymasem na twarzy.
Musicie wiedziec, przy jakich dzieciach bedzie wam najprzyjemniej. Sama nie przepadam za maluchami, nie lubie ich placzu, doprowadza mnie to do wscieklosci. Z malymi dziecmi sie nie dogadasz. Dlatego wybralam starsze, od 5 lat wzwyz. I bylo to pieknym doswiadczeniem, bo takie dzieci sa zabawne, chlonne, sluchaja sie, sa aktywne, mozna z nimi porozmawiac na powazne tematy i czegos ich nauczyc.
Nie wazni sa rodzice, nie wazna miejscowosc. Tylko dzieci. Z nimi bedziecie od rana do wieczora!
Teraz jaki stan wybrac... Coz, znowu bede trabic swoje - niewazne!
Mam wrazenie, ze wszyscy, ktorzy wyjezdzaja za granice, uciekaja przed czyms. Jedna przed wspomnieniami, druga przed rodzina, trzecia przed utracona miloscia, czwarta nie chce isc na studia, itd. Kazdy z nas mial i ma powod, aby wyjechac. Dla mnie ten wyjazd byl rowniez ucieczka i bardzo mi pomogl. Odzylam, rozwinelam skrzydla, a co najwazniejsze - uwierzylam w siebie! Skoro potrafilam wyjechac tak daleko i wytrzymac dwa lata, znaczy, ze jestem silna.
Dlatego wybor odpowiedniego miejsca, stanu jest tak wazny! Bo skoro chcecie uwierzyc w siebie, nie mozecie wybrac jakiejs pipidowy, prawda? Chcemy zaimponowac znajomym z Polski "Tak, wyjechalam do Stanow, mieszkam w Nowym Jorku... A co u ciebie?". Rozumiem to jak nikt, tylko czy taki wybor, podyktowany jedynie checia podbudowania siebie, da wam satysfakcje? Da, ale tylko pozorna i na krotko.
Wydaje mi sie, ze moze macie Kompleks Wsi, czyli za wszelka cene chcecie trafic do duzego miasta. Boicie sie malych miasteczek, zeby nie czuc sie jak w Polsce. Chcecie chlonac Ameryke wszystkimi porami, pic z jej zrodla. Prawidlowo. Ale Ameryka jest wszedzie, nie tylko w LA, NYC, Chicago, Miami.
Zauwazylyscie, ze Polacy, ktorzy sa za granica, glosno sie zachowuja? To wlasnie ludzie z Kompleksem Wsi. Udalo im sie wyjechac, praktycznie uciec z malej wsi i czuja sie BOGAMI, ktorzy maja prawo rozrabiac, klac - przeciez nikt ich tam nie zna. Wydaja ostatnie pieniadze na markowe ciuchy, zeby w razie powrotu do Polski opowiadac, jak tam bylo na obczyznie, ile dup zaliczyli, ile zarobili. A prawda moze byc taka: pracowali przy zmywaku, albo myli kible. Ale przeciez trzeba zaimponowac rodakom!
Dlaczego czlowiek z wielkiego miasta nie ma potrzeby zaimponowania? Bo dla niego miasto to kurz, spaliny, halas, korki, male mieszkania. Miasto to nie zbawienie!
Pamietam jeden z moich eks wyjechal na lato do Niemiec na zarobek. Wrocil i przyszedl pod moj dom, niby porozmawiac, ale co chwila wyciagal swoja nowa komorke z polifonicznymi dzwonkami, aparatem, itd. Wtedy to byl szal! Dal za niego 2300zl. Myslal, ze podroze polegaja na imponowaniu ludziom, ze wszyscy zaczna go podziwiac i szanowac. A dla mnie wtedy wydal sie o, taki malutki, jak ta kropka ".". Podroze, doswiadczenia to cos, co zostaje w was! Nie wazne, GDZIE, wazne Z KIM i CO tam bedziecie robic. Wazne, jacy jestescie w srodku, czy podroz, taki dlugi wyjazd was zmieni na lepsze. Nie trzeba imponowac ludziom! Nie trzeba wydawac kupy dolarow na swietne ubrania, zeby pozniej nikt nie mial watpliwosci, ze bylyscie w Stanach. Ten wyjazd ma was zmienic i zmieni. To ma byc wasza nagroda, a nie klapanie buzia GDZIE sie bylo, CO sie kupilo, ILE sie zarobilo. Rozumiecie?
Dlatego stan nie jest wazny. Oczywiscie - lepiej isc tam, gdzie sa jakies atrakcje do zwiedzania. Osobicie polecam albo wschodnie, albo zachodnie wybrzeze. Tam sa najwieksze skupiska ludzi, sa mozliwosci, pogoda, jesli nie taka, jak w Polsce, to jest duzo cieplejsza. Im dalej ku srodkowi, tym mniej ludzi, ale i taniej. No i pozniej jest srodek, czyli Chicago.
Teraz o nastawieniu operki. Coz, czytam wasze posty i wyglada na to, ze bardziej nastawiacie sie na zakupy, na zwiedzanie, niz na opiekie nad dziecmi. Zrozumiale, tylko musicie sobie uswiadomic jedna rzecz: jedziecie tam do pracy. To jest waszym celem. I ta praca nie jest lekka! Niejednokrotnie bedziecie plakac z bezsilnosci, z tesknoty, ze zwyczajnego zmeczenia.
To nie beda wakacje! Czasami nie bedzie czasu na zwiedzenie lokalnych atrakcji, bo na weekend bedziecie chcialy zwyczajnie odespac caly tydzien, albo akurat nie bedzie wolnego samochodu. To nie tak, ze codziennie bedziecie sobie gdzies wychodzic wieczorem ze znajomymi i pojsc na kawe, jak jedna dziewczyna pisala. Kawusia tu, kawusia tam... Nie bedzie tak.
Rodzinom oplaca sie zatrudnic operke, chociaz faktycznie placa te 6000$ dla biura. Ale i tak wychodzi im taniej, niz mieliby zatrudniac dochodzaca nianie. Taka operka jest praktycznie dostepna 24/7, mozna ja zawolac do dzieci w srodku nocy, albo na weekend. "Przeciez nam nie odmowi, bo u nas mieszka". No i operka przy okazji posprzata, poodkurza, wypierze, ugotuje. No, kurde - pelna pomoc domowa! Szkoda jeszcze, ze nie mozna jej adoptowac.
Musicie ustalic priorytety: jade tam do pracy. Chce byc najlepsza operka, jaka mieli do tej pory. Chce sie sprawdzic sama przed soba. Dzieci i ich dobro jest najwazniejsze. Jesli uda mi sie zaoszczedzic troche pieniedzy, to postaram sie pozwiedzac, ale jestem tam zatrudniona DLA DZIECI.
Ja jechalam wlasnie z takim nastawieniem i udalo mi sie przetrwac. Zacisnelam zeby i robilam to, co do mnie nalezalo. A te dziewczyny, ktore chcialy pozwiedzac, zabawic sie, wczesniej czy pozniej uciekaly od rodzinki. Dzieci nie byly dla nich priorytetem. Nie dawaly sobie z nimi rady, nie pokochaly ich. Kochaly wyplate, kochaly ten zgiekl, zolte taksowki, Miasto, Ktore Nie Spi. I dlatego nie daly sobie rady.
Praca operki jest ciezka i trzeba nastawic sie na klopoty, bo takowe beda. Owszem, trzeba sie nastawic pozytywnie - ja nie chce nikogo straszyc, ani zniechecac, ale nie jest lekko. Trzeba uciszyc swoje serce, tesknoty, stlumic emocje i wtedy dacie rade spedzic rok, moze dwa lata.
Kazda operka po przyjezdzie do rodzinki placze. Ja nie moglam patrzec na dziewczynki w pierwszy dzien. Myslalam "Co ja tutaj robie?! Powinnam byc teraz w domu, pomagac wlasnej rodzinie. Sprzedalam sie za 140$ tygodniowo!". Bylo mi ciezko, ale zacisnelam zeby. Podpisalam kontrakt, a dla mnie to swietosc. Nie lamie sie danego slowa.
Pieniadze - bardzo przydatna rzecz. Jestem dosc oszczedna, udalo mi sie zebrac niezla fortunke i przywiezc do Polski. Sa operki, ktore chca ZYC w Stanach, czyli wydawac, wydawac, cieszyc sie pieniedzmi, zakupami i nie myslec o jutrze. Sa tez takie, ktore oszczedzaja, zbieraja dla rodziny w Polsce. Mimo mojej oszczednosci przywiozlam duzo, duzo ubran, wyjechalam do Tajlandii, kupilam dobry aparat, moglam sobie pozwolic na kino co sobote, na restauracje. Niby 140$ (teraz 170$) to niewiele, ale starczy na wszystko. Tylko trzeba sobie ustalic jakis limit.
Dlatego nie trzeba wiezc zadnych dolarow ze soba. Zarobicie na miejscu. Po co tachac pieniadze przez granice? Roznie moze sie zdarzyc - moga was okrasc, mozecie cos zgubic. Mowicie, ze warto miec na poczatek "w razie czego". No wlasnie, w razie czego? Co sie wam moze stac? Nic. Jestescie pod opieka biura, urzedu imigracyjnego.
Na pewno warto zachowac sobie na koncie ok. 500$, bo tyle jestescie winne, gdybyscie rozbily samochod hostom. Trzeba tyle miec. Byla operka, ktora wydawala tygodniowe pieniadze i nie miala niczego. Rozbila samochod i nie miala z czego oddac. I jak taka rodzinka na nia patrzy?
Albo byla operka, ktora wydala wszystko, wrocila do Polski gola i wesola, wiec rodzice kupili jej samochod, zeby wygladalo dla ludzi, ze sama na to zarobila. Troche wstyd przyjechac bez gotowki, prawda?
Co zabrac? Niewiele. Jak juz pisalam, bedziecie miec tyle sklepow (nawet w malych miejscowosciach, nawet na wsiach!), ze nie wiadomo, na co najpierw patrzec! Tutaj piekne buty, tutaj jakis plaszcz, tutaj pachnie mi pizza, tutaj jakies swietne lody sprzedaja, tutaj przecena, wiec trzeba wpasc! Sklepy sa wszedzie, a szkoda tachac ze soba kupe ubran z Polski, skoro i tak tutaj nakupujecie multum. Ja odsylalam 3 wielkie paczki do domu wlasnie z ubraniami, ktorych nie zalozylam ani razu! Tutaj wszystko jest piekniejsze, tansze, nie farbuje.
A prezenty dla host-rodzinek? Niewielu bedzie sie z nich cieszyc. Oni maja tyle dobr, przyzwyczajeni sa do zbytkow, ze nie umieja cieszyc sie z prezentow. Przywiozlam hostce recznie robiona parasolke z Tajlandii - polozyla w kacie i tak przelezala pare miesiecy, az wyjechalam. Kupilam drugiej hostce oryginalne swiece - wosk w kulkach, ktory sie sypie do naczynia i dopiero podpala. Ona byla milosniczka swiec, a takiej nie miala. Nigdy nie widzialam, zeby cos z tym zrobila. Moze nawet nigdy tego nie otwarla. Dla dzieci ksiazeczki, malowanki z filcem, gre planszowa, zestaw do tworzenia makatek - malo co z tego bylo otwarte. Dzieci lubia swoje sprawdzone zabawki.
Amerykanie chyba nawet nie lubia prezentow, wola sobie sami kupic, co im tam pasuje do domu. Dlatego szkoda waszego szukania po sklepach, nerwow, pakowania. Oni tego i tak nie docenia. Maja zwyczajnie za duzo.
To, co nas cieszy, dla nich bedzie czyms juz znanym. Ja sama ciesze sie z prezentow, poniewaz wyroslam jeszcze w czasach, gdy rzeczy byly na kartki, chodzilo sie w tych samych ubraniach. Ludzie potrafili oszczedzac, nie bylo telewizora, nie bylo pralki, a kto mial lodowke, to byl pan! Gdy sie dostawalo mandarynki, banany, to tylko w paczce na Swieta Bozego Narodzenia. Dlatego nas ciesza prezenty, chocby te najmniejsze. Mozna je powoli rozwijac, aby nie uszkodzic, czuc sie docenionym, ze ktos o nas pamietal. A teraz ludzie sa PRZYZWYCZAJENI do tego; MAJA PRAWO dostawac prezenty. To przywilej.
Mnie jedna hostka dala pod choinke to, co sama dostala, a co jej sie nie spodoalo. Jakies tanie mydelka, albo ksiazke, ktora miala u siebie i juz jej nie czytala. Przykre, nie? A my sie tak staramy!
A czy ktorakolwiek host-rodzinka powitala was prezentem, jak my to robimy? Jeszcze o takiej nie slyszalam. Oni nie daja prezentow, bo nie chca byc zbyt blisko. Wola zachowac dystans, a my swoja polska goscinnoscia chcemy zawladnac sercami Amerykanow. Szkoda zachodu!
Waszym celem maja byc dzieci oraz pozostawienie po sobie dobrego wspomnienia: "Mielismy Polke i bylismy z niej bardzo zadowoleni".
Przemyslcie to sobie i jestem pewna, ze macie inne poglady, ktore chetnie przeczytam.
|