 |
Męczę się, męczę, i nie wiem co zrobić... Może na forum znajdę jakąś radę.
Postaram się krótko, ale niczego nie obiecuję.
Przyjechałam do UK w połowie maja, wstępnie do końca września. No i nie mogłam uwierzyć, że drugi raz jestem operką i drugi raz trafiłam na idealną host family. W lipcu ogłosiłam, że zostaje z nimi na dłużej, co ich strasznie ucieszyło, bo wcześniej mieli problemy z "krótkoterminowymi" operkami. Czy już wtedy zaczęło się psuć? Sama nie wiem. Nie jest to jednak typowa historia 'było miło, ale się skończyło', bo wtedy nie miałabym problemu - spadam stąd. Pod wieloma względami naprawdę jest idealnie - świetny kontakt z hostką, mało obowiązków, przez co stosunkowo niezłe kieszonkowe. Miasto beznadziejne, nudne, szare, żadnych operek (no dobra, są w okolicznych miastach, ale to jednak nie ma miejscu), ale za to 25 minut do Londynu, więc idzie przeżyć. Rodzina hostki mnie uwielbia (host jest z drugiego końca świata, więc nie ma takiego kontaktu) i to jest jeden z głównych powodów, dla których tak ciężko mi stąd odejść (ich reakcje, gdy obwieściłam, że zostaję - bezcenne).
No ale właśnie gorzej jest od tej "drugiej" strony. HM wydawał się na początku meeega facetem (bez podtekstów). Sympatyczny, z poczuciem humoru, pomocny. I kolejno - za sympatyczną twarzyczką chowa się perfidna dwulicowość (po ostatniej rozmowie telefonicznej cholera wie z kim na MÓJ temat nie przespałam z nerwów pół nocy), poczucie humoru jest delikatnie mówiąc specyficzne, no i najgorsze - pomocny jest zawsze, kiedy pomoc jest potrzebna. Ale kiedy nie jest, on również jest "pomocny". Kiedy na początku hostka mi powiedziała, że ma 'zaburzenie obsesyjno-kompulsywne' wzięłam to za żart, można nie do końca rozumiejąc z czym to się wiąże. Ale jego perfekcjonizm mnie dobija. Dosłownie. Źle pastuję buty, źle zmywam naczynia. Nie jestem w stanie samodzielnie robić lekcji z 8-latkiem, więc on MUSI (jego stwierdzenie) mi pomóc. Po odprowadzeniu dziecka 100m pomiędzy samochodem (on mnie zazwyczaj podwozi) a szkołą, zawsze zastaję pytanie "czy wszystko z nim w porządku?". Takich przykładów jest mnóstwo. Do tego dochodzą jego życiowe mądrości, na czele z moją ulubioną - on musi dawać dziecku (z lekką już nadwagą) lody, prawie po każdym obiedzie, nieważne, że tego obiedu nie zjadł (albo zjadł, ale fastfood), no bo lody to "tylko" zamrożona śmietana, która zawiera wapń, więc są dobre dla dzieci. Mleka młody nie pije. Bo nie i już, nie ma żadnych alergii.
Od jesieni po prostu nie jestem w stanie tolerować obecności tego człowieka. A jak na złość, ona pracuje całymi dniami, a on większość czasu spędza w domu, bo takie ma zmiany. No ale miałam inny powód, by zostać do końca listopada, więc jakoś to przetrzymałam. Później miała miejsce nieprzyjemna sytuacja, skończyło się na tym, że autentycznie na mnie wrzeszczał, nie dając mi ani razu dojść do słowa (a z chęcią wtedy wiele rzeczy bym mu wygarnęła, ale dosłownie się nie dało). W zamian usłyszałam m.in. że on musi mi pomagać, bo nie mam szkolenia do dzieci z autyzmem. Co ciekawe, nikt mi o tym przed przyjazdem nie powiedział, ba!, nawet po był to temat tabu, dopiero gdy sama zaczęłam zadawać pytania o jego zachowanie, po jakimś 1,5 miesiąca padło słowo autyzm. No ale to łagodna odmiana (prawda akurat), więc to nie problem, prawda? Po tej sytuacji całkowicie straciłam ochotę na rozmowę z tym człowiekiem. Więc przestałam. Po 3-4 dniach doszła kolejna rozmowa przez telefon, z której, poza tym jaka to ja jestem zła i niedobra, dowiedziałam się również, że jeżeli nic się nie zmieni, to po Świętach mają ze mną porozmawiać. Domyśliłam się również, że poprosić o szukanie innej rodziny, ewentualnie wracaj do domku.
Więc postanowiłam ich wyprzedzić i tego samego wieczora odwrócić role. Musiałam jednak ochłonąć i poczekać do następnego dnia, tym bardziej, że ona miała wolne, on był w pracy. Chyba pierwszy raz w życiu przed, mimo wszystko, obcą osobą miałam ewidentnie łzy w oczach. Tak, jest mi jej cholernie szkoda, bo wiem, że jej naprawdę zależy na mnie (dwa razy musiałam odwiedzić Polskę wyjeżdżając w połowie tygodnia, wracając po weekendzie - nie dość, że podrzucała mnie na lotnisko, to jeszcze płaciła całe tygodniówki, choć sugerowałam, że nie muszę dostawać całej; za pierwszym razem nawet wzięła dodatkowe wolne, żebym została dłużej w PL). Powiedziała, że nie jest zaskoczona, bo widzi, że coś jest nie tak, przyznała także, że rozmawiali z hostem o mnie. Albo inaczej, host się na mnie poskarżył. Że nie mam do niego szacunku, że ja go bez powodu (!) ignoruje, że generalnie zachowuje się źle wobec niego (podobno moje gesty o tym świadczą, wtf?, no ale on się na tym zna, on na wszystkim się przecież zna). Dzień później zapytała czy jestem pewna decyzji, że ona mnie nie chce na siłę zatrzymywać, ale że możemy porozmawiać. We trójkę. Nie chciałam, ale za względu na nią i być może na ostatnie dwa tygodnie, które tu spędzę, się zgodziłam.
Jeśli cokolwiek wynikło z tej rozmowy, to: on jest u siebie, więc ja muszę dostosowywać się do wszystkiego (ok, zgoda, ale w drugą stronę choć trochę powinno to działać, a tak nie jest), on jest kochającym ojcem, więc dba o swojego synka (w sumie to NIKT, włącznie z matką, nie jest w stanie o niego dobrze zadbać - też jego słowa), no i tysiąc razy powtórzone "nie bierz tego do siebie". Ale tego się nie da nie brać! Zła atmosfera w domu, to tylko i wyłącznie - ja. Wszystko przeze mnie, no ale 'don't take it personally'. Plus cytat dnia - "Tak, jestem idealny. Co złego jest w byciu idealnym?". Skończyło się pokojowym przybiciem żółwika (omg, my w Polsce wiemy, co to znaczy przybijać żółwika!), choć w głowie i tak miałam jeden wniosek - zdania nie zmieniam. Odchodzę na początku stycznia.
A, przyznałam się, że słyszałam rozmowy przez telefon. W żywe oczy się wyparł.
No i dzisiaj od rana znowu mętlik w głowie. Nie chcę ich zostawiać, bo ona, jej rodzina, kasa, którą chcę trochę przyoszczędzić, a teraz mam taką możliwość, to, że potrafią swoje plany do mnie dostosować (no choćby tak, jak z tymi wyjazdami). Czeka mnie też trochę nauki, a tutaj mam na nią czas (że chęci brak, to inna sprawa). Nawet nie wiem czy znajdę inną rodzinę. Jeśli tak, może być przecież gorzej.
No ale jego dłużej nie mogę znieść, a z jego strony, nawet po ostatniej rozmowie, żadnych zmian nie będzie. Do tego, co akurat czuję od początku, kontakt z tym dzieckiem jest naprawdę trudny. Nie zawsze jest w stanie odpowiedzieć na proste pytanie, więc normalnie z nim nie porozmawiasz, nie ubierze się sam, nie umyje zębów. Całymi dniami siedzi przed TV (próbowałam go odciągać, poddałam się jeszcze latem po słowach tatusia "no ale on to kocha"). To nawet nie kwestia jego "małego problemu", ale wychowania. I potężnego rozpieszczenia. No i na koniec dochodzi moja osobowość - jeśli zostanę, będę miała poczucie, że uległam, a to też nie będzie dla mnie łatwe. No i po tym wszystkim, co usłyszałam o sobie za moimi plecami, nie jestem w stanie uśmiechać się do niego każdego ranka, jak gdyby nigdy nic. Nie umiem i już.
Kiedy myślę o tym "na sucho" - wyjeżdżam. Zaczynam szukać rodziny - nie, jednak zostaję.
No tak, pewnie nikt nie dotarł do tego miejsca. Przynajmniej mogłam się wygadać. Cholera, to jednak nie pomaga.
|