• Options
  • Logowanie
     
  • Rejestracja
     
  • Desktop Style
     

This is what dreams are made of :) - my story...

  • Index  

    • forumAuPair.pl - Świat Operek
       
    • Ogólnie o programie Au Pair
       
    • Historie życiowe
       
    • This is what dreams are made of :) - my story...
       
  • This is what dreams are made of :) - my story...
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    agulka > 07-09-2009, 18:08

    szczerze - ja tego nie rozumiem. najpierw ekscytacja wyjazdem, potem jakis problem i juz powrot.. nie pisze o Tobie doslownie, ale tak ogolnie.. mi chyba byloby szkoda calego zalatwiania tego wyjazdu itd. mnie problemy czy porazki motywuja.

    nie gniewaj sie prosze. zycze wszystkiego dobrego, powodzenia w polsce i zostan na forum !!!!
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    kasiulaaaa > 12-09-2009, 4:28

    Cailet, żal mi czytać, że rezygnujesz, bo pamiętam jak jeszcze pytałam Cię o bagaż... w każdym razie mam nadzieję, że cokolwiek zrobisz, będziesz z tego zadowolona. no i wróć jeszcze do USA!!! szkoda, że kończysz przygodę z Florydą, akurat lecę do Miami 21 października z host rodzinką. powodzenia!
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    cailet > 13-09-2009, 3:36

    Hej

    Miałam dziś cudowny dzień (może jutro opowiem, bo dziś był męczący dzień i marzę tylko o łóżku). Olśniło mnie przy tym na kilka tematów. Nadal mam to samo zdanie na temat powrotu do domu. Wiem, że to jest dobra decyzja. Tym bardziej po tym, co dziś przeżyłam, choć wszystko co się dziś wydarzyło, było dobre. Poznałam wspaniałych ludzi. Byłam w Miami, South Beach, a więc udało mi się wreszcie to miejsce zobaczyć. I jestem jeszcze bardziej pewna tego, co robię.



    Czwartek, 17 września, powrót do PL, z przesiadką w Chicago. W domu powinnam być 18-ego wieczorem
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    cailet > 14-09-2009, 2:34

    Więc... mam chwilę, to napiszę wam, jak wyglądał mój wczorajszy dzień.



    No więc, mając wolną sobotę i nic konkretnego do roboty, postanowiłam, że pojadę sobie do Miami. Przypomnę tylko, że mając samochód taka wycieczka w moim wypadku to jakaś godzina. A ja oczywiście samochodu nie mam. Na szczęście na Florydzie są autobusy, jest też coś, co się nazywa TriRail. Z samego rana spytałam hosta jak i gdzie mam jechać. No więc okazało się, że żeby dojechać do South Beach muszę najpierw dojść na autobus(jakeieś 30 minut, a autobusy jeżdżą w weekendy do 50 minut) potem spędzić jakieś 30 minut w autobusie, przesiąść się na TriRail, która kursuje co 2 godziny, potem na MetroRail i na jakiś darmowy pociąg co objeżdża dużą część Miami, a jak już wysiądę, to wystarczy że wezmę autobus żeby dojechać na Lincoln Road. Tam bowiem podobno "wszystko się dzieje" w dzień. Jeśli nie idziesz na plażę w South Beach to tam właśnie należy być.



    Czując przypływ energii, ruszyłam w drogę. Na przystanku autobusowym dowiedziałam się jednak, że jest autobus bezpośredni, który jedzie do samego Miami. Pomyślałam sobie, a co tam, czasowo wyjdzie mnie tak samo, a lepiej jechać jednym autobusem niż 5 różnymi środkami transportu. Oczywiście z Miami trzeba się było jeszcze dostać do South Beach, ale stwierdziłam że to pestka.



    Zanim wsiadłam do autobusu miałam już zaliczone dwie propozycje małżeństwa od murzynów oczywiście, których najwyraźniej interesuje tylko kolor skóry

    W autobusie, który miał jechać 2 godziny :roll: poznałam pewną miłą starszą panią. Na oko 70 na karku, bardzo rezolutna staruszka, która do autobusu dojeżdża na rowerze, potem przypina go z przodu do autobusu, wysiada i znów na rower No więc po chwili miłej rozmowy zdradziłam starszej pani jakie mam plany. Starsza pani za głowę się chwyciła i czym prędzej przedyktowała mi swój numer telefonu z zastrzeżeniem, że "IN CASE OF EMERGENCY" mam się nie wahać, tylko od razu wykręcić numer. Jej siostra mieszka w South Beach, więc jak coś, to od razu załatwi mi pomoc. Mówiła to tak, jakby była zupełnie pewna, że owo "emergency" nastąpi.

    No więc to był pierwszy moment, kiedy pomyślałam sobie, że mógł to nie być najlepszy pomysł, że zrezygnowałam z pociągu na rzecz autobusu, ale stwierdziłam, że przecież nie będę się wracać.



    Tak czy inaczej, dojechałam do Golden Glades, gdzie musiałam się przesiąść na drugi autobus, do Downtown Miami. No i wtedy zrozumiałam, dlaczego starsza pani była tak zmartwiona, a host mi radził wziąć pociąg. Swoją drogą, ciekawe jest, jak w tym mieście od razu wiadomo, w jakiej się jest dzielnicy po tym, kto siedzi w autobusie. To tak, jakby mijać niewidzialną granicę i w mgnieniu oka jesteś albo w slumsach, albo w Downtown. Kolor skóry podróżnych zmienia się natychmiast, co wydaje się tu dla wszystkich niemal oczywiste. Nikt nie zwraca na to nawet uwagi. Pewnie miałam dużo szczęścia, bo jak się później dowiedziałam to są tereny, na których jeśli wysiądzie się na niewłaściwym przystanku, to nikt nie zadaje tu pytań, przynajmniej nie zanim zacznie strzelać. Na mnie nikt nie zwrócił jednak uwagi. Co ciekawe natomiast, razem ze mną przez większą część podróży, była obecna jeszcze inna starsza pani. Nie zamieniłyśmy słowa, ale wyglądała w tym autobusie jakby była na swoim miejscu nawet pomimo tego, że ona i ja byłyśmy jedynymi białymi osobami przez większą część podróży.



    Dotarłszy do Downtown przesiadłam się na ostatni autobus, który miał mnie zawieżć już do celu mojej podróży, a więc do Lincoln Road. Swoją drogą, trzeba przyznać, że kierowcy w tych autobusach są bardzo pomocni. Nie zbywają, wyjaśniają spokojnie gdzie wysiąść, gdzie się przesiąść, jak najłatwiej i najszybciej dotrzeć tam, gdzie się chce dotrzeć. To nie to, co w moim rodzinnym mieście, gdzie kierowca patrzy jak na idiotę na każdego, kto zaryzykuje wypróbowanie swojego szczęścia zadając mu jakiekolwiek pytanie.



    South Beach... Zawiodłam się. Oczywiście nie dotarłam do plaży, bo w Miami nie ma plaży. Trzeba po to pojechać do Miami Beach. Ale nawet pomimo tego... Spodziewałam się większego przepychu, a tak naprawdę natknęłam się na samych turystów, młodych, opalonych, wysportowanych ludzi, którzy nie bardzo wiedzą dokąd iść, ale są w Miami i to się dla nich liczy. Znalazłam też fajną bluzkę... za 876$ + tax :mrgreen: o zgrozo. A to nawet nic specjalnego nie było. Od tak, zwykły ciuszek. No i to oczywiście po przecenie było.



    Tak czy inaczej, wracając postanowiłam wypróbować kolej. Też mi nie wyszło to na dobre, bo spóźniłam się dokładnie 5 minut na TriRail, co zmusiło mnie do czekania na zapomnianej przez Boga stacji przez kolejne 2 godziny. Przestój ten natomiast zaowocował bardzo ciekawą znajomością z Willie'm, który jest dacharzem i - jak stwierdził - w tej chwili czeka na nadejście huraganu, żeby mieć co robić, bo tak to nie ma pracy. Jeszcze niedawno zarabiał 49$ na godzinę, ale ktoś włamał się do niego do domu i ukradł mu wszystkie narzędzia, więc teraz, nie mając swoich, musi zatrudniać się u innych ludzi.



    Kiedy wreszcie przyjechał pociąg i dojechałam do swojej stacji rozpętała się taka burza, że bojąc się iść przez półgodziny do domu przy tych piorunach, musiałam zadzwonić do hosta, żeby po mnie przyjechał. Tak czy inaczej, wyszłam z domu o 8:30, a wróciłam dokładnie 20:05



    I wiecie co? Pomimo tego, że w South Beach byłam w sumie jakieś 3 godziny, to to był pierwszy dzień tutaj, w Miami, kiedy nie czułam się jak w więzieniu. Pierwszy raz, kiedy poznałam prawdziwych ludzi, kiedy mogłam porozmawiać z nimi i kiedy uświadomiłam sobie, że będąc Au-Pair nie dowiem się, jak się żyje w tym kraju. Dowiem się jedynie, jak żyją ci bogaci, jak przemieszczają się w swoich samochodach z jednej wyspy na drugą i zupełnie nie interesuje ich, co jest pomiędzy. Do tej pory byłam przekonana, że to ten kraj tak wygląda. Że są wyspy, gdzie coś jest: dom, praca, szkoła itp. i pomiędzy nimi trzeba się przemieszczać samochodem. Że to wszystko jest takie plastikowe, że wszyscy są sztucznie uśmiechnięci i nikt tak naprawdę nie Żyje, nie dąży do niczego poza gromadzeniem jeszcze większej ilości pieniędzy niż ma. Że wszyscy tutaj mają "swój świat" i nic ich poza nim nie interesuje. I że historia każdego człowieka w tym kraju jest taka sama.



    A to nieprawda. Nie wszyscy żyją sobie w tych zamkniętych osiedlach, w których my - aupair lądujemy. Nie wszyscy mają wszystko poukładane, nie wszyscy są bezbarwni. W tym kraju są ludzie, którzy mają do opowiedzenia zupełnie niesamowite historie o swoim życiu, którzy naprawdę Żyją i jak się uśmiechają, to śmieją się im też oczy.
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    cailet > 14-09-2009, 2:50

    C.D. - nie zmieściło się w poprzednim poście ;P



    I jakbym tu została jako au-pair to nie miałabym okazji tego wszystkiego poznać. Siłą rzeczy, miałabym samochód i "swoje wyspy": dom, szkołę, dom znajomych, jakieś miejsca do imprezowania. Żyłabym tak, jak hości żyją pewnie i myślałabym nadal, że w tym kraju nie ma NIC ciekawego, nie ma prawdziwych ludzi, tylko ci, których do tej pory widywałam.

    Wiecie, dla mnie ważne jest poznawanie ludzi tak naprawdę. Poznawanie ich historii. A ja w ciągu tego jednego dnia miałam więcej znaczących konwersacji niż w ciągu całego miesiąca jaki tu spędziłam.

    Teraz dopiero czuję się zafascynowana Stanami, Florydą. Teraz wiem, czego tu szukam. Ale nie znajdę tego jako au-pair.



    Mój host, jak dowiedział się, że pojechałam autobusem, złapał się za głowę. Ale wyjaśniłam mu to wszystko i on sam powiedział, że tu, gdzie mieszkamy, to jest tylko jedna strona medalu. Po wczorajszym stwierdziłabym że jedna strona wieloboku To miejsce ma tyle różnych odcieni, tyle różnych kolorów... A ja teraz wiem, że chciałabym poznać je wszystkie, a nie poprzestawać na jednym tylko. Więc chcę wrócić. Nie wiem kiedy, nie wiem, jak. Na pewno na innych zasadach. Na jakich? Nie wiem. Pewnie się okaże prędzej czy później





    Przepraszam, że przydługo... Taki dzień I tak pominęłam co ciekawsze szczegóły, jak na przykład wariata na rowerze, próbę rozmienienia 20$ banknotu, małżeństwo z Costa Ryki... i parę innych cieakwych incydentów tego dnia.
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    kamildzianka > 14-09-2009, 4:55

    Amen.



    Piekna historia.

    Masz racje: operujac znamy tylko bogate rodzinki, dzieci, sklepy. Nie znamy slumsow, niebezpieczenstw. Nie myslimy nad tym, ze jest tyle glodujacych rodzin, ktore zyja z zasilkow, bo tv karmi nas historiami rodem z Hollywood z pieknymi ludzmi, apartamentami i drinkami z parasolka.

    Ja sie dopiero dowiedzialam tego, gdy zaczelam sie spotykac z Kevinem. On mi pokazal zycie studentow, biedniejsze dzielnice; dowiedzialam sie, ile kosztuje zycie w USA i ze wcale nie jest ono kolorowe, a na pewno nie jest wolne.

    Operowanie to takie zycie w SimCity, nie martwimy sie o nic, dzieci maja pelna szafe ubran, lodowka jest pelna, dostajemy pieniadze i naszym jedynym klopotem jest jak zaplanowac sobie weekend. A zycie w USA bywa czasami jest w SinCity - brudne, szare, biedne i ludzie nie maja nadziei na lepsza przyszlosc.
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    kamysia > 14-09-2009, 6:30

    .
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    ell > 14-09-2009, 11:21

    [quote name="cailet"]

    Zanim wsiadłam do autobusu miałam już zaliczone dwie propozycje małżeństwa od murzynów

    [/quote]

    Trzeba było się zgodzić! :lol: Poznałam niejedną operkę z Ameryki Płd., która oddałaby wszystko za taką ofertę (choć jednak muszę przyznać, że były zainteresowane tylko białymi facetami, ciemnych z góry skreślały, ale może i by się "poświęciły" :wink: )
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    agulka > 14-09-2009, 11:58

    i wlasnie dlatego nie wolno sie zamknac w tym swiecie au pair- rodzinki, inne operki itd. trzeba wyjsc do ludzi, poznac ich.
  • Re: This is what dreams are made of :) - my story...

    cailet > 26-11-2009, 22:31

    Chyba powinnam coś napisać, bo tak jakoś zostawiłam ten temat bez kontynuacji, a mimo wszystko chciałabym, żeby wszystko trzymało się kupy.



    Niedawno minęły dwa miesiące od kiedy jestem w PL. Wróciłam dokładnie 18 września, po miesiącu pobytu w USA, na Florydzie.

    Co robię? Trochę się obijam, trochę szukam pracy, trochę czekam na przyszły rok... No i studiuję. Ja, która obiecywałam sobie, że już nigdy nie powtórzę tego strasznego doświadczenia, ja, znów studiuję - filologię angielską tłumaczeniową z językiem chińskim. Czemu studiuję? Bo po przyjeździe z dnia na dzień nadarzyła się okazja studiowania zaocznie za darmo na kierunku, na którym będę się uczyć chińskiego, czego kiedyś bardzo chciałam. No i przyznaję, mój angielski straszny nie jest, ale nie zaszkodzi mi trochę praktyki w tym zakresie. Więc studiuję.



    Wyjeżdżając do USA miałam zaplanowane kilka kolejnych lat. Przedwczesny powrót do domu to wszystko zmienił. I przyznaję, powrót, jakkolwiek byłam pewna, że była to dobra decyzja, był trochę przerażający. Nie byłam pewna czego się spodziewać, nie byłam pewna czego dalej chcę. Więc wracałam trochę przerażona a trochę podekscytowana tym, co mnie czeka.



    Teraz... nie żałuję, że wróciłam. Cieszę się. Nie mam pracy. Szukam wciąż.



    Ale nie narzekam. Znów mam plany. Plany pójścia w przyszłym roku na aplikację (ja, która jeszcze pół roku temu twierdziłam, że nawet wołami mnie tam nie zaciągną), plany wyjechania na rok do Paryża zaraz potem. Plany pójścia od przyszłego roku na nowe studia, tym razem ratownictwo medyczne. Plany nauczenia się chińskiego i pojechania do tego pięknego kraju.



    Piszę to... z jednej strony dlatego, że bycie au-pair było dla mnie tak dużą częścią mojego życia. Sam pobyt w USA trwał miesiąc, ale przygotowania do niego niemal rok, a wcześniej planowanie prawie 3 lata. A teraz mam to za sobą. I mimo że nie udało się - najwyraźniej bycie au-pair jest zupełnie nie dla mnie, nie wszyscy są do tego stworzeni - to nie zrezygnowałam ani z podróżowania ani z USA ani - pewnie na dłuższą metę z pracy z dziećmi.

    W tej chwili nie wiem, jak i kiedy wrócę do USA ale zrobię to prędzej czy później, jestem tego pewna.

    Co do pracy z dziećmi - na razie nie bardzo mam jak to zorganizować, ale jak tylko będę miała chwilę, to zahaczę się w szpitalu na oddziale dziecięcym albo w domu dziecka, bo lubię tę pracę

    A jeśli chodzi o podróżowanie ---> kiedyś obiecałam sobie, że będę mieszkać przez pół roku w Londynie, Paryżu, Nowym Jorku i Tokio. Londyn mam już zaliczony. W Nowym Jorku byłam - co prawda tylko przez 2 godziny, ale zawsze coś i wiem, że chcę tam wrócić. Paryż mam w planie zaraz po aplikacji, wyjazd na wolontariat, muszę tylko coś w sprawie języka zrobić. A Tokio... cóż, w obecnej sytuacji może się okazać, że zastąpi je Pekin, ale nie będę narzekać. Ponadto mam w planie odwiedzić koleżankę w Madrycie, może wpaść do Londynu na jakiś czas. I zobaczę, jakie możliwości się jeszcze trafią



    Z drugiej strony... przed wyjazdem nie wyobrażałam sobie mieszkania w szarej PL. Chciałam być gdziekolwiek byle nie tutaj. Teraz... planuję dłuższe pobyty w różnych miejscach globu, ale nie wykluczam niczego. Zobaczę, jak mi się życie poukłada.



    A na forum wciąż bywam, czytam i kibicuję wam, dziewczyny i chłopcy (bosz, jak to zabrzmiało ) w spełnianiu waszych marzeń. Jak u mnie się coś zmieni, to też będę aktualizować moją opowieść, bo chyba warto... choćby tylko po to, żebym kiedyś mogła sobie tę opowieść przeczytać
  • Starszy wątek Nowszy wątek
  • Pierwsza
  • Poprzednia
  • Następna