-
-
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
cailet > 30-08-2009, 3:33
Niezależność!!! Właśnie. Ja nie byłam niezależna aż w takim stopniu, ale nie musiałam się nikomu podporządkowywać. A tutaj, niestety wszystko zależy od kogoś innego. To jest duży minus dla nas, które wyjeżdżamy z większym bagażem doświadczeń. Niby nic, ale tak naprawdę chodzi o coś, na co już przecież raz zapracowałyśmy i musiałyśmy zrezygnować, kiedy wyjechałyśmy.
Ale... Chciałam tylko napisać, że nie miałam pojęcia jak dużo mi da parę godzin z dala od domu. Poszłam dziś do Malla. Nic szczególnego. Takie zwiedzanie, bez celu, żeby się zorientować, co w ogóle tutaj jest. Trochę pogadałam z inną Polką.
I wiecie co? Teraz jak myślę o tych pięciu dniach z dziećmi, to wydaje mi się, że to tak mało... Tylko 5 dni, które w dodatku są przecież rutynowe (mniej lub bardziej), a potem znów weekendI coraz więcej się dowiaduję o tym, co tu można bez samochodu robić, że jest WallMart i do niego na piechotkę można dojść i tam się wybieram jutro rano. W każdym razie to dochodzę do wniosku, że muszę zacząć biegać, albo jeździć na rowerze, żeby po prostu zabić czas i wykończyć się fizycznie. Mam wolne wieczory, więc to jest coś, co mogę robić
A jutro niedziela. Pierwsza prawdziwa niedziela, po tygodniu pracy. Miałam jechać do Miami, ale zostawię sobie tę przyjemność na później, bo bez samochodu, to jakieś minimum 3 godziny w jedną stronę, a to mnie nie rajcujeWięc mam zaplanowany WallMart i jakiś taki podobny sklep, a poza tym pranie i opalanie się nad basenem No i ewentualnie wieczorem rower, żeby zobaczyć ile wytrzymam w tym upale Żeby nie było, kondycji to ja nie mam, więc jest opcja, że po prostu po 10 minutach zrezygnuję, ale mam ambitny plan pojeżdżenia przynajmniej z godzinę. Zobaczymy.
A dziś jeszcze klub wieczorem. Koleżanka przyjeżdża po mnie o 22, więc muszę się zacząć chyba przygotowywać. Nadal nie wiem, w co się ubrać -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
PawelAuPair > 30-08-2009, 11:19
Super plany, zwłaszcza te zakupy i basen...
Dobrze mówisz - to tylko 5 rutynowych dni, ale niestety dla niektórych jest to aż 5 dni. Tak czy siak, z takim podejściem już jesteś na wygranej ścieżce
Pozdrowionka. -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
kamysia > 31-08-2009, 4:57
. -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
cailet > 01-09-2009, 0:17
Wiecie co? Miałam dziś dziwny dzień. Myślałam, że będzie ciężko, bo mała jest chora, ma katar i nie znosi jak jej się nos wyciera. Ale jakoś dałyśmy radę. Ze starszą też nie było dziś specjalnie problemu. Przeszłam przez ten dzień, choć zapowiadał się tragicznie. Ale skończył się całkiem dobrze.
Jutro ma przyjść moja LCC. Muszę jeszcze wszystko ustalić, bo to w sumie w godzinach mojej pracy, więc się zobaczy jak to wyjdzie. Chyba dziś się zdecyduję pójść na spacer. Długi, powolny, bez celu, za to z muzyką. Muszę trochę odsapnąć, muszę się rozluźnić.
Ale rozmawiałam z mamą dziś na gg. I w domu średnio. Remont, który miał się skończyć w sumie w czerwcu, nadal trwa i końca nie widać. W dodatku tak samo jest w mieszkaniu siostry. Można zwariować, jak się tak żyje. Ja tak żyłam przed wyjazdem i nie dziwię się, że moja mama już zaczyna tracić nerwy. Do tego parę innych problemów... Ehh... życie. Niby tak. -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
kamysia > 01-09-2009, 4:48
. -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
cailet > 06-09-2009, 23:27
Oki, więc chyba już czas coś napisać.
Właśnie przeczytałam to, co dziś zostało napisane na innej historii, i aż boję się napisać tutaj cokolwiek
Ale co tam. Wracam do domu. Z różnych powodów, których nie będę tu przytacać, bo nie warto. Ale wiem, że to jest dobra decyzja. Ja generalnie wychodzę z założenia, że co nas nie zabije to nas wzmocni, ale czasami, jeśli mój organizm daje mi znać, że jest naprawdę źle, jeśli całe moje ciało krzyczy do mnie " PRZESTAŃ" to mądrzejszą decyzją jest zrezygnować. Znam swoje granice, wiem, na co zwracać uwagę i wiem, kiedy jest czas, żeby powiedzieć "PASS".
I teraz jest taki moment. Więc mówię "PASS" i żegnam się z tą przygodą, wypatrując następnych.
Na moją decyzję złożyło się kilka okoliczności. Ale to była moja decyzja. To że przypadkiem pokrywa się z decyzją moich hostów ma drugorzędne znaczenie, bo gdybym chciała, mogłabym próbować rematch, a moja LCC powiedziała, że mam na to duże szanse. I tak zostaję jeszcze 2 tygodnie, więc tak naprawdę nic bym nie straciła próbując. Ale nie chcę. Wiem, że to życie nie jest dla mnie. Nie jestem w stanie dostosować się do ludzi tak drastycznie, jak wymagałoby tego ode mnie dalsze uczestnictwo w programie. Musiałabym zrezygnować z tego kim, jestem, a tego nie jest warte nic. Dałam z siebie wszystko i to nie wystarczyło. Mówi się trudno. Życie.
A najdziwniejsze jest to, że ... wiecie, czekałam na ten wyjazd przez 3 lata. To było moje największe marzenie. Ale jestem tak zawiedziona tym miejscem, że naprawdę bez żalu wracam do domu. Moje plany na przyszłość obejmowały bardzo różne sytuacje, ale żadna z nich nie przewidywała powrotu po miesiącu... Teraz muszę się zastanowić co dalej. Najdziwiniejsze jest to, że jestem podekscytowana tym, co mnie czeka. Nie jestem smutna, nie mam żalu do nikogo. Pewne sprawy się układają, a inne nie. Zawsze wychodziłam z założenia, że życie nie zawsze oferuje nam to, czego chcemy, ale zazwyczaj daje nam to, czego potrzebujemy.
Nie twierdzę, że nigdy tu, do USA nie wrócę. Może kiedyś, może innym sposobem, na innych zasadach. Teraz czas sprawdzić wreszcie, co ma dla mnie w zanadrzu moje własne podwórko. Jestem młoda, skończyłam studia i i tak niewiele w zawodzie mogę przez następny rok. Więc mam rok na podjęcie decyzji, czy będę zdawała na aplikację. W międzyczasie może pojawi się jakaś inna opcja. Zazwyczaj tak bywa w moim życiu, że jak zamykają się jedne drzwi, to otwierają się inne.
Mimo wszystko nie kończę swojej historii. Nie wiem, czy będę jeszcze pisać o tym, jak poukłada się moje życie, bo przecieżto nie miejsce dla kogoś, kto operką nie będzie... ale napewno będę śledziła wasze historie. Przyzwycziłam się przez ten cały czas, że zaglądam tutaj i sprawdzam, co tam mają do powiedzenia dziewczyny na różnych krańcach świata. Mam nadzieję, że mnie stąd nie wyrzucicie i że będę tu mogła czasem wrzucić swoje 3 grosze.
Tak czy inaczej do 17 września jestem tutaj. Pracuję jeszcze jako au-pair na Florydzie. Jestem więc jedną z was -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
shante > 07-09-2009, 0:11
Nawet jak już nie będziesz au pair, to będziemy bardzo się cieszyć, jeśli będziesz do nas zaglądaćTo prawda, że nie każdy nadaje się do bycia au pair, ale ważne, że spróbowałaś i się przekonałaś o tym. Najwidoczniej coś innego jest Ci przeznaczonego Trzymam kciuki za ostatnie półtora tygodnia, no i za dalsze plany na życie :wink: -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
ell > 07-09-2009, 9:09
o! to Twoi hości też chcieli rematchu? Dlaczego? Chociaż może teraz to nieważne. Szkoda, że nie chcesz spróbować z nową rodziną, ale to Twoje życie.
Chociaż Miami odwiedź przed wylotem, super miejsce! -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
cailet > 07-09-2009, 16:34
Miałam jechać na weekend do Miami. Ale plany się zmieniły i nie wyszło. Ale spoko. Mam jeszcze jeden weekend, to może akurat uda mi się odwiedzić to miasto. Taki w każdym razie jest plan, choć zobaczę, co z niego wyjdzie. Tak czy inaczej wylatuję z Miami, więc coś tam zobaczę
_________________
Apropos, po przeczytaniu paru postów z dzisiaj...
Prawda jest taka, że żadna z was mnie nie zna i nie wyjaśniłam tu sytuacji, w jakiej jestem na tyle przejrzyście, żeby można było oceniać, czy jestem silna, czy nie, albo czy moja rezygnacja jest efektem mazgajenia się. Nie macie pojęcia, jakie mam doświadczenia, co w życiu przeżyłam. Tak, od początku wiedziałam, że nie będzie łatwo. Nie jestem naiwna. Czytałam to forum i parę innych stronek od kilku dobrych lat. Wiedziałam, jakie są realia. Nie mam 18 lat i nie porywam się z motyką na słońce. Przyjechałam tu spełniać swoje marzenia. I tak, jeszcze rok temu byłam dokładnie taka sama jak wy. Tzn. zaciskałam zęby i robiłam co trzeba, żeby dokończyć to, co zaczęłam. Nie jestem typem osoby, która łatwo rezygnuje, nie poddaję się tylko dlatego, że jest ciężko. Jeszcze rok temu pewnie bym zacisnęła zęby i ciągnęła wszystko do końca, zapierając się rękami i nogami, gdyby chcieli mnie stąd odesłać.
Ale to było rok temu. I gdybym tak zrobiła, pewnie przypłaciłabym to zdrowiem psychicznym i fizycznym. A teraz wiem, że pewne sprawy nie są tego warte. Moje szczęście i dobre samopoczucie są więcej warte niż jakiś upór i trzymanie się czegoś, co i tak - wiem już o tym - by mnie nie uszczęśliwiło.
Teraz, po roku, wiem, że czasem mądrzejszą decyzją jest zrezygnować dla własnego dobra. Za dużo ludzi widziałam, którzy zniszczyli się takim właśnie myśleniem "Tu mi źle, ale nie chcę wracać." Za wielu ludzi widziałam, którzy się staczali tylko dlatego, że w odpowiednim momencie nie potrafili powiedzieć sobie "Stop" i zacząć od nowa.
Sami tworzymy swoje życie. Ja w USA zobaczyłam to, co chciałam jak na razie. Byłam w NYC i to jest dla mnie ważne. Nic więcej tutaj - poza tym, że gdyby mi się udało, chciałam sobie ułożyć tu życie, - nie było dla mnie aż tak ważne.
Tak, macie rację, mogłabym tu zostać, moglabym spróbować rematch. Może akurat trafiłabym na rodzinkę, która była by dla mnie idealna. Ale jaki to ma sens, skoro ja wiem, że na takich zasadach nigdy nie będę mogła poczuć się w tym kraju swobodnie? Bez względu na to, do jak bardzo idealnej rodzinki bym trafiła? -
Re: This is what dreams are made of :) - my story...
kamysia > 07-09-2009, 16:58
.